Dzisiejszego posta w pełni dedykuję mojemu nieodłącznemu kompanowi, mruczkowi, miziakowi, kotu czarownicy, kociamberkowi i najpiękniejszemu dachowcowi na świecie. Samira, jak już wcześniej wspominałam, dostałam w prezencie od córki. Pewnego dnia wróciłam z pracy a na środku dywanu przywitała mnie mała, miaucząca czarna kulka. W sumie to nawet nie do końca czarna. Kociak wyglądał jakby go ktoś spod szafy wyjął lub posypał mąką. Nasza miłość nie należała do tych romantycznych "od pierwszego wejrzenia". Marzyłam o kocie, owszem, ale w mojej wyobraźni kocięcie było puszyste, pięknookie i różowonoskowe. To, co miauczało na dywanie nie do końca spełniało moje wyobrażenie o kocie idealnym, ale w dziwny sposób tak mnie rozczuliło, że zmiękłam po pary chwilach. Spryciarz wziął mnie na litość!
Okazało się, że z brzydkiego kociątka zamienił się w dystyngowanego kociego arystokratę, mimo, że jego korzenie wcale nie są specjalnie championowskie. Chociaż przyznać muszę, że maniery ma z najwyższej półki! Uwidaczniają się zwłaszcza wtedy, kiedy swoje ulubione przysmaki wybiera wprost z pudełeczka przy pomocy... łapki!
I tak sobie żyjemy razem już ponad dwa lata. On i ja. Ja i on. Gdziekolwiek się nie znajdę, Samir jest blisko mnie. Czasem mam wrażenie, że decoupage jest bardziej jego pasją niż moją :)
Parafrazując słowa z filmu "Miasto aniołów" - gdy kiedyś Bóg zapyta mnie, co najbardziej lubiłam w życiu? odpowiem, że Samira, decoupage i Kaszuby.






