niedziela, 11 listopada 2012

Krótka retrospekcja - moje początki

Tak się zafascynowałam samym faktem założenia bloga, że zupełnie zapomniałam o blogowym savoir vivre, czyli o chronologii! Zaoszczędzę Wam jednak czytania mojej biografii w stylu "mam na imię", "pochodzę z...", "decoupage zajmuję się od", bo ten blog to nie jest moje CV. Chciałam po prostu by moja radosna twórczość wyszła zza ścian mojej pracowni-samotni i zaczęła żyć swoim życiem. Otworzyłam swoistą puszkę Pandory! :)

Broniłam się rekoma i nogami przed tym blogiem. Na każdą sugestię odpowiadałam, że "nie, bo to tylko na chwilkę", że "to tylko takie tam bzdury", że "przeciez to tylko tak na chwilę, bo akurat nie mam nic innego do roboty". ... ta chwila trwa już prawie 2 lata a ja dałam się porwać tej mojej pasji calkowicie. Moi kochani (mąż i dzieci) od początku twierdzili, że nie powinnam tego wszystkiego chować po kątach czy na strychu! A wierzcie mi, że było blisko! Z resztą chyba nawet jakiś karton czy dwa wylądowały w piwnicy na chwilkę. Ale to był tylko krótkotrwały kryzys ;)
Na początku moje prace były oczywiście bardzo nieudolne. Każde słowa uznania czy jakikolwiek element zachwytu wzbudzał we mnie podejrzenie, że jest to wymuszone, bo oczywiście mąż czy dzieci nie mogą krytykować :) do tej pory nie nauczyłam się jeszcze przyjmowa komplementów pod adresem moich prac. Ale w sumie nigdy mi na tym nie zależało. Chciałam po prostu odpocząć, uciec myślami, zrobić coś ładnego, a przede wszystkim wyrazić siebie. Na wyczucie, wręcz intuicyjnie ozdabiałam pierwsze butelki. Oczywiscie niesmiertelna lawenda, róże i aniołki wiodły prym! Przez dwa lata zdąrzyłam się zorientować, że jest to etap, który każda decoupage'ystka przejśc musi. Prawie jak chrzest bojowy! Później zaczęłam coraz pewniej poruszać się w świecie primerów, papierów ryżowych, patyny i innych, więc naturalnie zaczęłam stawiać sobie coraz to większe wyzwania. Stawiałam sobie sama poprzeczkę wyżej, by w końcu doczekać etapu "prezentów". Czyli czarowałam sobie z myślą o konkretnej osobie, która w krótkim czasie stawała się właścicielem tej mojej "radosnej twórczości". Mało tego, pojawiać się zaczęły nawet drobne zlecenia! :)   

Coraz więcej czasu zaczęłam spędzam w mojej samotni. Cicho włączone radio Chilli Zet i mój nieodłączny towarzysz, kot Samir (tudzież Kot Czarownicy, jak go nazywają moi bliscy) to dwa główne filary tej mojej samotni. Samir, niespodziewany prezent od córki, dziwnym trafem tak sobie upodobał  ten mój rewir, że zawsze trudno go z stamtąd wyprosić. Siedzi ze mną wytrwale i zdaje się zupełnie nie przejmować faktem, że jego łapki często lądują w paście strukturalnej albo farbce. Kochane kocisko!!!! Coś musi być z tym Kotem Czarownicy, bo tam gdzie pojawiają się bajkowe, magiczne klimaty decoupage'u tam jest ON!


Tak sobie myślę, że może zamiast pisać powinnam wstawić kilka wcześniejszych prac? Takie tam sobie różne drobiazgi. Pewnie jednym się spodobają a innym mniej lub wcale. Ale mimo to ciekawi mnie Wasze zdanie. Jak myślicie, czy warto się tym hobby zajmowac nadal? Pozdrawiam serdecznie i czekam na komentarze :)











2 komentarze:

  1. Bardzo podoba mi się ostatni lampion. Pięknie dobrałaś ten wzór. Kompozycja też odpowiednia.
    Widzę też cieniowania na tym pojemniczku- doniczce?
    Mam tylko maleńką uwagę. Czemu nie pomalowaś środka szkatułki? Wyglądałaby o wiele lepiej. Oczywiście -to tylko moje zdanie ! ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dziękuje za miłe słowa ! Tak to była stara czarna doniczka , a pozostałe przedmioty to naprawdę prawie początki mojej "zabawy".
    Szkatułka była trochę"pobielona białą bejcą i też mama wrażenie ,że
    bejca w innym kolorze byłaby stosowniejsza. No ale cóż szkatułkę "buchnęła" córka i trzyma w niej kolekcje drewnianych bransoletek (od mamusi). Pozdrawiam!
    Pozostałe zdjecia w trakcie obróbki!

    OdpowiedzUsuń

Śmiało! Napisz, co myślisz :)